Wprawdzie była to zwykła koperta. Wstałem i podniosłem ją. Czułem że coś jest w niej ukrytego. Na kopercie nie było adresata.
Nie było nawet znaczka. Czy ktoś ją specjalnie podłożył?
Otworzyłem ją. W środku znalazłem kartkę z przypalonymi rogami, i w niektórych miejscach porwaną.
Jakby był to list od kogoś z psychiatryka.
Czy ktoś ją specjalnie podłożył. Na kartce było napisane czarnym atramentem i dziwnym pismem:
,,Nigdy nie dotrzesz do swojego celu. Ale wiedz że zawsze na drodze do niego, spotkasz ludzi którzy będą cię kochać
i troszczyć sie o ciebie bardziej niż o siebie.
Nie wiedziałem skąd ta wiadomość znalazła się w ogóle w moim domu. Na początku uznałem że to zwykły żart. W pewnym
momencie poczułem jakby te słowa po kolei wskakiwały mi do serca. Szybko wybiegłem z domu za Martyną. Zatrzymałem
ją.
- Co znowu? Wszystko wiem! Zniszczyłam ci karierę i życie. - powiedziała
- Nie! To nie twoja wina! Ja naprawdę chcę być z tobą! Powinienem mówić prawdę od początku. Nie chcę wracać do domu bez ciebie! - odparłem
- Ale, ja nie wierzę... wybierz w końcu błagam cię! Tak się nie postępuje! Nie chcę być z tobą bo za kilka dni znów się rozstaniemy a ty
polecisz do Sonii! Niestety to tak nie działa! Przykro mi... kiedy już wybierzesz... dopiero możemy porozmawiać! - powiedziała i odeszła.
- Ale ja już wybrałem! - wykrzyknąłem ale było już za późno.
Skoro straciłem szansę u każdej z nich... może powinienem sobie darować. Następnego dnia cały czas dręczyła mnie jedna myśl.
Mimo iż zostało mi jeszcze trochę czasu, chciałem wracać do domu.
Chciałem pożegnać się jeszcze z tym miastem. Wsiadłem w samochód i odpaliłem silnik. Kilka minut później byłem już totalnie zamyślony.
Nagle coś uderzyło o maskę mojego samochodu.Szybko zahamowałem. Dopiero zauważyłem że ktoś leży obok samochodu. Szybko wysiadłem. Ręce mi się trzęsły.
Dopiero kilka minut później zauważyłem że obok kałuży krwi pod moim samochodem leży nieprzytomna Sonia. Zadzwoniłem po karetkę. Położyłem się obok niej
na zakrwawionym asfalcie.
- Cholera jasna! Jak kur*wa zawszę muszę coś odje*ać! - wykrzyknąłem w myśli
Kilka minut później na miejscu było już pogotowie. Musiałem też za to odpowiedzieć. W końcu to ja byłem sprawcą wypadku. Miałem *przejebane*.
